| poniedziałek, 14 września 2009 | Wyniki konkursu. And the winner is........ Iza Niżyńska. Werdykt jury był jednogłośny, serdeczne gratulacje! Usiądźcie wygodnie i wybierzcie się w sentymentalną podróż z Izą i Wilkami. Stworzenie recenzji jednego z wielu wilczych koncertów, to nie lada wyzwanie. Po małej analizie dochodzę do wniosku, że wręcz się nie da, bo każdy coś wyjątkowego wnosił,jeden jakiś wyjątkowy moment, jeden jakąś znajomość, inny przyjaźń, jeszcze inny rozczarowanie(takie też bywały!), inne najzwyklejszą zabawę, jeden pierwszą wspólną fotkę z zespołem(rąk od uściśnięcia nie myłam przez dobę :D), a pierwszy ,wymarzony w 92 roku po prostu nie doszedł do skutku, bo lider się podobno rozchorował i wyprawa do Ząbkowic Śl, była jedynie nocą spędzoną w zadymionym klubie przy niebieskiej kasecie Wilków. W mojej historii fascynacji Wilkami było tych koncertów całkiem nie mało. Jedne dawały poczucie wolności nastolatce wyrwanej z rodzinnego domu na studia, inne były niczym innym jak rockowym szaleństwem z tłumem, jeszcze inne totalna klapą, bywały te iście komercyjne pod festynową publikę, jak też dla „fanów-wybrańców”, w których gronie miałam to szczęście parokrotnie się znaleźć. Wraz z upływem czasu trudno dokonać recenzji z koncertu, który zatarł nam się w pamięci, a mimo wszystko był wyjątkowy, jakiś szczególny. Z upływem czasu inaczej postrzegamy ówczesny klimat, dobór repertuaru czy atmosferę koncertu.Moja recenzja będzie raczej niczym innym,jak wspomnieniem wyjatkowych chwil. Który wybrać? Który zapadł szczególnie w pamięci? Który był wyjątkowy? Hmmmm…. Piję kawę w „wilczym” kubku i wracam myślami do lat 90-tych. Biorę w ręce stare pożółkłe„Bravo”. Marzec ’93,kosztowało całe 6.000zł(!),a w środku gwiazda „Bravo” – oczywiście Robert Gawliński. Dyskografia jeszcze „skromna”, ale tekst tytułowy skromnym nazwać już nie można, czytam : „Debiutancki album i hit „Son of the blue sky” uczyniły z grupy Wilki supergwiazdę polskiego rocka”. ..no właśnie „Son of the blue sky”…był taki niepozorny koncert, kiedy właśnie ta piosenka zapadła mi w pamięci szczególnie…ale o tym za chwilę. W zasadzie to wypadałoby podzielić koncerty na dwie grupy. Pierwsza to te biletowane, w zamkniętych muzycznych klubach, czasami organizowane wyłącznie dla fanów. Druga kategoria, to koncerty masowe, organizowane dla mieszkańców miasta, często powiązane z miejscowymi festynami. Celowo dokonuję takiego podziału, bo godne uwagi, skłaniające do głębszej refleksji są z reguły te pierwsze. Ale czy słusznie? Tych nazwijmy to „klubowych” w historii zespołu Wilki było całkiem nie mało. Który wybrać? Trudny wybór. Czy „Unplugged” najbardziej żywe w pamięci, dla najbliższych przyjaciół i fanów, a jednak specyficzne ze względów na formę narzuconą przez MTV i telewizję? A może te grane w Sali Kongresowej? A może ten z klubu ZOO?(wyjątkowy,bo szaleństwem wydaje się jechanie ponad 300km w zaawansowanej ciąży ;o) Ja jednak pokuszę się o recenzję, a w zasadzie wspomnienie jednego z nielicznych wrocławskich koncertów zespołu Wilki, który odbył się 6.10.2002 roku w Muzycznym Klubie W-Z. Niezbyt przestronny, usytuowany w przyziemiu budynku klub muzyczny wydawał się idealnym do tego miejscem. Jedyny minus, jaki pamiętam z tamtego wieczoru, to niewiarygodnie parno i duszno wewnątrz.W klimat koncertu wprowadził nas, mało tak naprawdę znany Rufus Wainwright. W wypełnionych po brzegi salach W-Zetki , przy gwarze klientów klubu, głos Rufusa brzmiał tak podobnie do głosu Roberta Gawliśkiego, że aż trudno było momentami uwierzyć, że to nie jakaś anglojęzyczna wersja lidera Wilków. ”Support” udał się,jak mało kiedy. Wielu fanów zespołu, po tym koncercie wzbogaciło swoją muzyczną bibliotekę właśnie o płytę „Poses”. Sam koncert standardowy, bardzo przyjemnie zagrany, promujący wydany po 8-letniej przerwie album zatytułowany „4”, a ciepłego, przytulnego klimatu tego jesiennego wieczoru dodawał przepiękny, ustawiony na scenie, tuż obok Roberta, ogromny, żeliwny świecznik. Na takich koncertach chciałoby się bywać częściej, lecz zespół niestety swoimi koncertami mieszkańców Wrocławia nie rozpieszcza. Od tamtego czasu minęło 7 lat, a zespół Wilki więcej nie powtórzył w stolicy Dolnego Śląska takiej uczty dla duszy i ciała dla fanów.(pomijając koncert we Wrocławskich Arkadach w tegoroczne Walentynki ). Na początku celowo dokonałam podziału koncertów, bo te, które skupiają naszą uwagę, to głównie „klubowe”. Te masowe, połączone z festynami i znacznie liczniejsze, z pozoru mniej godne uwagi, pomiędzy tłumem domagającym się standardowo „Baśki”, kuflem piwa i niejednokrotnie deszczem kapiącym bezlitośnie z nieba, ciężko poddać recenzji. Gdzieś umykają, przytłoczone pięknem klubów, otoczka i design’em biletowanych imprez. Wśród tej masy komercyjnych, festynowych koncertów pewnie każdy z nas odnalazł choć jeden, który pomimo otoczenia i okoliczności powiał magią, którą tylko Robert z zespołem jest w stanie roztoczyć wokół i zaczarować niejednego fana ( i nie tylko) w tłumie. Dla mnie osobiście był taki niepozorny, wydawałoby się jeden z wielu koncert , na którym właśnie wyżej wspomniane przeze mnie „Son of the blue sky” pierwszy raz w życiu, i jak dotąd ostatni spowodowało wzruszenie. To koncert, który odbył się podczas Trzebnickiego Święta Sadów w 2003 roku. Pomijając scenę przypominającą „ołtarz” ;o),przypadkowy tłum i typowo festynowy klimat ,Robert spowodował, że cała ta otoczka, właśnie w czasie tej piosenki znikła.. Sięgam pamięcią wstecz i oczyma wyobraźni widzę letnią noc, granatowe, miejscami różowe niebo, nagle znikąd wiatr powiewający, delikatnie rozwiewający dłuższe jeszcze wtedy włosy lidera Wilków, a wszystko to połączone z piękną barwą głosu, oczarowało nas i wzruszyło.To jakby cofnąć się 11 lat,bo widok ze sceny niemal przypominał scenę z teledysku tej piosenki. I to jest właśnie to, czego potrafi dokonać charyzmatyczny Robert.(no przyroda mu trochę wówczas pomogła ;o) . Pomimo beznadziejności tak naprawdę otoczenia, tak czaruje bezwiednie ze sceny, że zapominamy o tym, co otacza nas dookoła. I z pozoru pospolity koncert, jakich wiele, staje się tym wyjątkowym, tym który zapada w pamięci ,nie z powodu całego koncertu, ale jednej chwili i jej niepowtarzalnej magii. Dopijam ostatni łyk kawy z wilczego kubka, po głowie snuje się „Son of the blue sky”, które przywołało w wyobraźni letnie, trzebnickie niebo, wkładam odkurzone „Bravo” sprzed lat gdzieś głęboko w szufladę…przychodzi do głowy tylko jedno…może kiedyś wzruszy mnie jeszcze "Son of the blue sky"?...oby do następnego koncertu…gdzieś…kiedyś…w Polsce… Iza powrót... |